niedziela, 20 grudnia 2015

Henna Khadi Red - moje wrażenia

Przez ostatnie kilka miesięcy farbowałam włosy henną Khadi w kolorze Jasny Brąz. W końcu zapragnęłam zmiany i sięgnęłam po Khadi Red.

Nie wiem, czy to przez skład (sama lawsonia), czy sposób przygotowywania mieszanki, ale pracowało i się z tym kolorem dużo lepiej niż z jasnym brązem.

Dzień przed farbowaniem wymieszałam proszek z sokiem z całej cytryny i gorącą wodą na gęstą pastę. Przykryłam folią, owinęłam ręcznikiem i postawiłam na noc na kaloryferze (niezbyt ciepłym).
Następnego dnia dodałam jeszcze trochę gorącej wody i nałożyłam na włosy.
Mieszanka miała fajną gładką, plastyczną konsystencję, nie była "tępa" jak w przypadku jasnego brązu. Bardzo dobrze mi się ją nakładało na włosy.

Mieszankę trzymałam na włosach pod czepkiem i czapką jakieś 4,5 godziny.

Po spłukaniu i wysuszeniu włosów oczywiście był przesusz, ale dużo mniejszy, niż po jasnym brązie. Udało mi się nawet rozczesać włosy bez wyrwania ich ogromnej ilości (po wcześniejszym kolorze o rozczesywaniu w ogóle nie było mowy).

Ponownie umyłam włosy po 2,5 dnia, ale do maski po myciu dodałam za dużo oleju kokosowego i jeszcze doprawiłam serum na końcówki i moje włosy po myciu były po prostu tłuste. Nie chciało mi się ich ponownie myć, więc zaplotłam warkocze i tak włosy się olejowały przez 24 godziny =) Po tym czasie znowu je umyłam (tym razem użyłam delikatniejszych kosmetyków), zostawiłam do podeschnięcia po czym dosuszyłam chłodnym nawiewem suszarki.

Moje wrażenia?
tak jak już wspomniałam, z henną Khadi Red pracowało mi się dużo łatwiej niż z jasnym brązem. Niemniej jedynym minusem jest to, że ta mieszanka bardzo szybko "łapie" kolor, przez co pomalowałam sobie na pomarańczowo całe czoło, szyję i trochę ręce. Z twarzy kolor zmył się dosyć szybko, ale na rękach jeszcze mam (po 4 dniach od farbowania).
Jeśli chodzi o kolor, to po spłukaniu mieszanki wydawał się mi bardzo pomarańczowy, ale po tych kilku dniach nabrał głębi i trochę ściemniał.
Ogólnie bardzo mi się podoba, bo ja w ogóle lubię rudości u siebie =)

A tutaj porównanie (przed - jasny brąz - robione jakiś miesiąc temu, ale światło chyba podobne; po - red)


A jak Wam się podoba?

sobota, 5 grudnia 2015

Kolejne samodzielne podcięcie koncówek.

Jak może czytałyście w poprzednim poście, od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem kolejnego podcięcia końcówek. Moje końce nie są bardzo zniszczone, ale zrobiły się już bardzo suche i nieprzyjemne w dotyku. Ostatni raz podcinałam je w kwietniu i wtedy pierwszy raz zrobiłam to sama - możecie poczytać o tym więcej tutaj.

Przed obcinaniem wyprostowałam włosy prostownicą. W trakcie prostowania czułam wyraźnie różnicę w stanie włosów, im bliżej końcówek, tym bardziej szorstkie i suche się wydawały (pod koniec to nawet słychać było jak "zgrzytają" pomiędzy blaszkami prostownicy).

Do podcięcia znów użyłam metody "na babuszkę"

W sumie obcięłam około 2,5cm - z 73,5cm do 71cm (miało być mniej, ale w którymś momencie przez przypadek dotknęłam maszynką włosów wyżej i musiałam resztę wyrównać do tego, żeby nie wyglądało głupio - niech żyje zgrabność! :).

A tak wygląda to na zdjęciach (pierwsze przed, drugie po) - czuć wyraźnie, że końce są grubsze, bardziej równe i mniej suche.
Poza tym systematycznie pozbywam się śladu po cieniowaniu (już niewiele zostało =)





A tak to wygląda w stanie codziennym falowanym =)


poniedziałek, 30 listopada 2015

Aktualizacja włosów - listopad. Podsumowanie jesiennej akcjizapuszczania.

 W tym miesiącu miałam plan znów trochę bardziej zadbać o włosy, ale wyszło jak zwykle. Prawie zapomniałam co to jest olejowanie, kilka razy poszłam spać z mokrymi włosami i w końcu moje ostatnie zaniedbanie dało o sobie znać w postacie puchu i strasznej suchości końcówek (od jakiegoś czasu chodzi za mną podcięcie końców, ale czekałam na zakończenie akcji zapuszczania). Wypadanie nadal spore, ale pojawiło się dużo babyhair :)
Ale żeby nie było, że cały miesiąc został stracony, to nauczyłam się robić warkocza z 4 pasm i kłosa (również dobieranego =).


Podsumowanie jesiennego zapuszczania:
Listopad 73,5 cm (+1,5 cm) - wcierka Jantar codziennie przez 3 tyg, kapsułki Revalid 3xdziennie.
Październik 72 cm(+1 cm) - wcierka Seboradin po każdym myciu, kapsułki Vitalsss Skrzyp Optima 1xdzienie.
Wrzesień 68 do  71cm (+3 cm) - przed każdym myciem olejek Dabur Amla, wcierka Seboradin po każdym myciu, kapsułki Vitalsss Skrzyp Optima 1xdziennie.
Suma: +5,5 cm (całkiem niezły wynik =)

A oto zdjęcia porównawcze - pierwsze z początku września, drugie koniec listopada (niestety różny kąt i światło, i miejsce, i ubranie, i w ogóle, i nic się nic się nie da porównać).




Moja pielęgnacja w listopadzie:


Olejowanie: 
Olej kokosowy (raz).
Olej z pestek winogron (raz).


Mycie:
Szampon Alterra, Morela i pszenica (wykończony).
Yves Rocher, Szampon zwiększający objętość włosów.

Odżywki/maski:
Kallos Keratin.
Bingo Spa, Maska z glinką ghassoul.
Garnier Oil Repair.
Odżywka do włosów z naturalną wodą różaną. (możecie poczytać o niej tutaj).


Na końcówki:
Green Pharmacy, Jedwab w płynie (wykończony).
Biosilk, Maracuia Oil.

Wcierki:
Jantar (codziennie przez 3 tyg.).


Inne:
Kapsułki Revalid (3xdziennie)




A jak Wam minął listopad? Szykujecie się już na Święta?

środa, 28 października 2015

Aktualizacja włosów - październik.

W październiku potraktowałam swoje włosy trochę po macoszemu. Nie wiem, jakoś tak wyszło. Olejowałam może ze dwa razy, zdarzało mi się myć je raz w tygodniu i ogólnie mi się nie chciało nad nimi rozwodzić. Poza tym dopadło mnie jesienne wypadanie =( Także tego miesiąca nie mogę zaliczyć do udanych. Jedyne z czego jestem zadowolona to kolejne farbowanie henną.

Jeśli chodzi o jesienne zapuszczanie, to udało mi się osiągnąć przyrost +1 cm (obecna długość to 72 cm). Trochę słabo, ale zawsze coś.
 
Co stosowałam?
- raz olejek Dabur Amla (na skórę głowy i długość).
- po każdym myciu wcierka Seboradin (skończyła się w połowie miesiąca).
- wewnętrznie kapsułki Vitalsss (z Biedronki, tez wykończone).

Plan na listopad:
- wcierka Jantar (w końcu postanowiłam ją przetestować).
- wewnętrznie kapsułki Revalid.

Moja pielęgnacja w tym miesiącu:

Olejowanie: 
Olej kokosowy (raz).
Olejek Dabur Amla (też raz).


Mycie:
Szampon Alterra, Morela i pszenica.
Barwa Ziołowa, Szampon Brzozowy (w końcu wykończony). 
Bingo Spa, Maska z glinką ghassoul (kilka razy na długości).

Odżywki/maski:
Kallos Keratin.
Bingo Spa, Maska z glinką ghassoul.
Garnier Oil Repair.
Odżywka do włosów z naturalną wodą różaną. (możecie poczytać o niej tutaj).
 

Na końcówki:
Green Pharmacy, Jedwab w płynie.
Biosilk, Maracuia Oil.
 

Wcierki:
Seboradin (po myciu).
Olejek Dabur Amla (raz przed myciem).

Inne:
Miód, gliceryna, mąka ziemniaczana.
Kapsułki Vitalsss.
Farbowanie Henną Khadi Jasny brąz.
 
A teraz fotki:



Na pierwszym zdjęciu lepiej widać kolor.

W przyszłym miesiącu obiecuje poprawę i na pewno powrót do regularnego olejowania.

piątek, 2 października 2015

Aktualizacja włosów - wrzesień.


W tym miesiącu nie poświęcałam, moim włosom jakiejś szczególnej uwagi, po prostu sobie rosły. Nie zapominałam jednak o olejowaniu przed każdym myciem (testuję olejek Amla). Do mojej łazienki trafiło też kilka nowych produktów.

Jeśli chodzi o jesienne zapuszczanie, to udało mi się osiągnąć przyrost +3 cm (obecna długość to 71cm). Jest to bardzo dobry wynik :)

Co stosowałam?
- przed każdym myciem olejek Dabur Amla (na skórę głowy i długość).
- po każdym myciu wcierka Seboradin.
- wewnętrznie kapsułki Vitalsss (z Biedronki).


Moja pielęgnacja w tym miesiącu:

Olejowanie: 
Olej kokosowy.
Olejek Dabur Amla.


Mycie:
Szampon Alterra, Morela i pszenica.
Barwa Ziołowa, Szampon Brzozowy (do oczyszczania mniej więcej co czwarte mycie). 
Kallos Color (mycie skalpu i długości) - wykończony.
Bingo Spa, Maska z glinką ghassoul (na długości).

Odżywki/maski:
Kallos Silk - w końcu wykończony.
Kallos Keratin (kilka razy).
Garnier Oil Repair (kilka razy).

Na końcówki:
Cece of sweden, Serum z olejkiem arganowym - wykończone.
Green Pharmacy, Jedwab w płynie.

Wcierki:
Seboradin (po myciu).
Olejek Dabur Amla (przed myciem).

Inne:
Miód, gliceryna, mąka ziemniaczana.
Kapsułki Vitalsss.

A oto moje włosiska dzisiaj rano świeżo po umyciu (końcówki jeszcze trochę wilgotne, dlatego wyglądająna pozlepiane).


poniedziałek, 21 września 2015

Podsumowanie roku pielęgnacji włosów.

Aż trudno mi uwierzyć, że minął już rok, od kiedy postanowiłam zadbać o swoje włosy. 
Dość długo zabierałam się do napisania tego posta, bo nie do końca wiedziałam jak się do tego podsumowania zabrać. Nie chciałam tu pisać, jakich konkretnie kosmetyków używałam, bo to można przeczytać w każdej aktualizacji. Pomyślałam, że opiszę, jak przez ten rok zmieniły się moje włosy.

Jakie były moje włosy na początku możecie przeczytać tutaj.

Jak w ciągu tego roku zmieniły się moje włosy? 

Bardzo się zmieniły.
Przede wszystkim urosły =) Pomimo skrócenia ich o kilka cm w kwietniu, osiągnęłam zaplanowaną długość (do końca łopatek).
Dodatkowo moje włosy stały się miękkie, błyszczące, śliskie (mogę bez problemu przeczesać je pacami).
Spadła też porowatość ze średnio/wysokiej na nisko/średnią. 

Co najbardziej wpłynęło na poprawę stanu mojej czupryny?

Kilka rzeczy, a przede wszystkim
- zmiana nawyków (delikatne czesanie, związywanie włosów do snu itd).
- Tangle Teezer (jedyna szczotka, która potrafiła rozczesać moje włosy na sucho).
- dobieranie odpowiednich kosmetyków (nie jestem mistrzynią czytania składów, więc posiłkowałam się raczej produktami polecanymi przez inne osoby).
- wcierki (szczególnie woda brzozowa).
- mycie metodą OMO.
- olejowanie przed każdym myciem (dziękuję Bogu za olej kokosowy =).
- farbowanie henną.
- kupienie porządnej suszarki.

i na koniec najważniejsze : cierpliwość, wytrwałość i systematyczność =)

Z czym sobie jeszcze nie poradziłam?

Otóż moje włosy nadal się strączkują oraz mają tendencję do przyklapu u nasady.

A tu porównanie włosów z wrześnie 2014 i 2015 (jakość zdjęć i oświetlenie się różnią, ale różnicę w stanie włosów chyba widać):




Moje aktualne cele:
- zapuszczać, zapuszczać, zapuszczać... (marzy mi się długość do pasa, a co).
- zagęścić ( dalej wcieramy =).
- pozbyć się resztek po cieniowaniu (oj jeszcze daleka droga do tego).
- nauczyć się jakichś fajnych fryzur.
- utrzymać dobry stan włosów.

To by było na tyle =)

środa, 2 września 2015

Znowu zakupy...



Z racji tego, że kończą mi się powoli moje wielkie słoje Kallosów, oraz przyszła wypłata na konto ;), postanowiłam wyruszyć na łowy.

Oto moje nowe nabytki:


1. Kallos Keratin (275ml/6zł) - Tego "pana" chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Od dawna chciałam wypróbować tą szeroko zachwalaną maskę, ale nie mogłam jakoś trafić na wersję w mniejszym niż litrowy słoiczku. Moje włosy do tej pory niezbyt dobrze reagowały na jakiekolwiek proteiny, ale ich stan bardzo się zmienił i może nadszedł czas, żeby dać im szanse (stąd mniejsze opakowanie, żeby w razie czego nie było żal zużyć do czegoś innego).



2. BingoSpa maska do włosów z glinką ghassoul (500g/12zł) - wybrałam tą maskę do mycia włosów, zobaczymy jak się będzie sprawować.



3. Garnier Fructis Oil repair (200ml/11zł) - odżywka, która też zbiera dosyć dobre recenzje w internecie. W sumie był to najmniej przemyślany zakup - miałam ją co prawda na liście do ew.kupienia, ale właściwie wrzuciłam ja do koszyka na szybko nawet nie patrząc na cenę - po prostu nie było żadnej innej, którą miałam w opcjach. Mam nadzieję, że będzie działać cuda za taki stosunek ceny do objętości.



4. Eveline Lash Therapy Profesional 8w1 (17zł/10ml) - bo czemu nie. Byłam bardzo zadowolona ze stosowania serum i kremu do rzęs firmy L'biotica i postanowiłam kupić sobie coś nowego. Zobaczymy jakie efekty będą po używaniu serum na wszystkie problemy rzesowego świata. Jak coś, to wykorzystam jako bazę pod tusz.



5. Eveline Eyeliner w pisaku (11zł) - podobno wodoodporny - to bardzo dobrze, bo moje oczy maja dużą tendencję do łzawienia i rozmazywania wszystkiego. Nie miałam jeszcze eyelinera we flamastrze i jestem bardzo ciekawa jak sobie z nim poradzę (podobno jest łatwiej niż pędzelkiem).




6. Catrice Glam&Doll Volume Mascara Woterproof (10ml/17zł) - poszukuję dosyć taniego, ale przyzwoitego tuszu do rzęs (oczywiście wodoodpornego - problem j.w.) i w sumie w ciemno wybrałam właśnie ten, bo bardzo spodobało mi się opakowanie =) Bardzo się ucieszyłam, kiedy sprawdziłam recenzje na wizarzu, bo są całkiem dobre. Szczoteczka też jest fajna (silikonowa, niezbyt duża). A przy okazji tusz ma fajnie wymyślone zamykanie - przy zakręcaniu czuć/słychać taki klik, więc mamy pewność, że jest dobrze zamknięte (taki drobiazg, a cieszy =)

To tyle. zobaczymy, jak się nowe nabytki spiszą i może któryś zasłuży na oddzielny wpis.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Aktualizacja włosów - sierpień.

W tym miesiącu traktowałam moje włosy trochę po macoszemu. Częste wyjazdy i inne zdarzenia spwodowały, że na pielęgnację włosów nie miałam już po prostu chęci. Nie znaczy to jednak, że je całkowicie zaniedbałam ;) 
W tym miesiącu myłam włosy raz na trzy dni (czasem nawet rzadziej), olejowałam przed myciem tylko kilka razy, chyba ani razu nie tuningowałam maski.
Z nowosci to tylko zaczęłam myć całe włosy odżywką (akurat Kallos Color) i jestem całkiem zadowolona :)
Znów zgłosiłam się do udziału w akcji zapuszczania, która rusza już od jutra.

Moje włosy mają teraz 68 cm długości, więc przyrost w tym miesiącu 0. Trochę ciężko mi w to uwierzyć, bo mam jakieś 2 cm odrosty, ale mój mąż tak zmierzył, więc tak musi zostać.

Moja pielęgnacja w tym miesiącu:

Olejowanie: 
Olej kokosowy (na sucho).


Mycie:
Szampon Alterra, Papaja&Bambus (wykończony)
Barwa Ziołowa, Szampon Brzozowy (do oczyszczania mniej więcej co czwarte mycie). 
Kallos Color (mycie skalpu i długości).

Odżywki/maski:
Kallos Silk.
Na końcówki:
Cece of sweden, Serum z olejkiem arganowym.

Wcierki:
Seboradin (po myciu).

Inne:
Brak


A oto moje włosy dzisiaj świeżo po myciu ( jakiś szampon Pharmaceris, a potem saszetka Balea - taka brązowa), jeszcze trochę mokre, rozczesane tylko delikatnie palcami - pierwsze zdjęcie w pomieszczeniu, drugie w słońcu.




czwartek, 13 sierpnia 2015

Z różą w tle, czyli prezenty z Bułgarii.



Dzięki uprzejmości mojej kochanej mamuni, która to wczasowała się ostatnio nad ciepłym morzem w Bułgarii, stałam się szczęśliwą (to się jeszcze okaże) posiadaczką kilku nowych kosmetyków. Wszystkie oczywiście mają "coś" z różą.

1. Gąbeczka i mydełko w jednym.



Skład: Propylene Glycol, Water, Sodium Stearate, Coconut oil Diethanolamide, Cocamidopropyl Betaine Glycerin, Sorbitol, Sodium Laureth Sulfate, Citric Acid, Perfume, Citral Citronellol, Geraniol.

nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam i sama formuła produktu jest interesująca, ale skład nie zachwyca - jakoś nie zauważyłam w składzie nic z różą związanego... =(

 2. Ręcznie robione mydełko glicerynowe w kształcie róży (śliczne =)



Skład: Propylene Glycol, Aqua, Sodium Stearate, Sodium Laureth Sulfate, Sorbitol, Sodium Laurate, Editronic Acid, Rosa Danascena Distilate, Parfum, CI 14720, Mica Silica, Benzyl Alcohol, Citronelol, Geraniol.

Mydło jak mydło - trochę detergentów, ale przy najmniej ekstrakt z róży przez zapachem.

3. Zmiękczający balsam do ust z olejkiem różanym.



Moje nieudolne tłumaczenie opisu z opakowania:
Balsam do ust odżywia, zmiękcza, nawilża i chroni skórę warg we wspaniały sposób. Nadaje im naturalny blask i elastyczność. Zapobiega przedwczesnemu starzeniu i chroni usta przed szkodliwymi czynnikami środowiska dzięki zawartym w składzie wit.E oraz filtrowi UV.

Skład: Paraffinum Liquidum, Cera Alba, Petrolatum, Tocopheryl Acetate, Parfum, Etylhexyl Metoxycinnamate, Vit.E, Rosa Damascena Oil.

Szkoda, że olejek różany na ostatnim miejscu, ale przy najmniej jest =)

4. Masło do ciała z naturalnym bułgarskim jogurtem i dziką różą.



Opis:
To masło do ciała to innowacyjna technologia z naturalnych składników dla głębokiego nawilżenia i regeneracji skóry. Kombinacja dzikiej róży i ekstraktu z bakterii fermentujących Lactobacillus Bulgaris (org. Lactobacillus Bulgaris ferment extracts) stymuluje syntezę kolagenu i elastyny. Składniki nawilżające i zmiękczające powodują wyraźne nawilżenie i elastyczność skóry całego ciała. Zaleca się używanie masła po kąpieli oraz opalaniu.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Ceteryl Alcohol, Dimethicone, Glycerin, Ceteareth-20, Sodium Cetearyl Sulfate, Peg-30 Lanolin, Phenoxyethanol, Ethylhexyglycerin, Pruns America Kernel OIL, Rosa Canina Flower Extract, Butyrospermum Parkii Butter, Parfum, Tocopheryl Acetate, Lactobacillus Bulgaris Ferment Filtrat, Triethanolamine, Acrylates, Alkyl Acrylate crosspolymer, Capryl Glycol, Chlorphensin, Tetrasodium EDTA.

No nie wiem, czy skład tego balsamu jest taki super innowacyjnie-naturalny, ale na pewno zużyję cały. szkoda tylko, że zapach nie jest bardziej różany (pachnie bardzo słodko, cukierkowo).

5. Odżywka do włosów z naturalną wodą różaną.



Opis:
Odżywka dla zmęczonych i zniszczonych włosów (depleted and treated hair). Naturalna woda różana z dużą zawartością olejków eterycznych to unikalny składnik tej odżywki razem ze składnikami odżywczymi i witaminami gwarantuje wzmocnienie i upiększenie twoich włosów. Olej jojoba oraz ekstrakt z rumianku głęboko nawilżają suche i zniszczone włosy sprawiając, że stają się jedwabiście miękkie, błyszczące, łatwe do ułożenia. 

Sklad: Aqua, Ceteryl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Rosa Damascena Flower Water, Camomilla Recutita Flower Extract, Cetereth-20, Parfum, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Methzlchloroisothiazolinone, Methzlisothiazolinone, Citric Acid, Geraniol, Citronellol.

Z tego prezentu jestem najbardziej zadowolona. Skład też wydaje się całkiem niezły, chociaż dla moich uwielbiających silikony włosów może być za lekka.

A wy? Miałyście jakieś kosmetyki z różą?

wtorek, 4 sierpnia 2015

Aktualizacja włosów - lipiec

Trochę spóźniona aktualizacja ponieważ byłam na wakacjach i był problem z internetem.

W tym miesiącu pielęgnacja moich włosów była raczej minimalistyczna, ale ich kondycja nadal jest dobra. Dopadły mnie w końcu problemy pierwszego świata - moje włosy są już tak śliskie i ciężkie, że żadna gumka (nawet moja ulubiona invisibooble) nie chce ich trzymać. Pod koniec miesiąca drugi raz pofarbowałam włosy Henną Khadi.

Moje włosy mają teraz 68 cm długości, więc przyrost wrócił do normy +2 cm.

Moja pielęgnacja w tym miesiącu:


Olejowanie: 
Olej kokosowy (na sucho)

Mycie:
Szampon Alterra, Papaja&Bambus (co 2 dni)
Barwa Ziołowa, Szampon Brzozowy (do oczyszczania mniej więcej co czwarte mycie). 
Kallos Color (emulgowanie oleju na długości).

Odżywki/maski:
Kallos Silk.
Kallos Color. 

Na końcówki:
Cece of sweden, Serum z olejkiem arganowym.

Wcierki:
Seboradin (codziennie, lub co 2 dni).

Inne:
Gliceryna.
Olej lniany.
Farbowanie henną Khadi Jasny Brąz.

Plany na sierpień:
- wcierka Seboradin codziennie.
- picie oleju lnianego (1 łyżka dziennie).
- może jakaś próba z proteinami.

A tak prezentują się moje włosy dzień po umyciu, z samego rana (pierwsze w słońcu, drugie w pomieszczeniu).


W słońcu widać różnicę koloru między farbowanymi wcześniej włosami na długości, a nigdy nie farbowaną górą.

wtorek, 21 lipca 2015

Epilette - recenzja.


 Długo poszukiwałam metody depilacji, która by mi całkowicie odpowiadała. Próbowałam już chyba wszystkiego - zwykłej maszynki, elektrycznego depilatora, kremu, wosku, pasty cukrowej itd, ale żadna z tych metod mnie całkowicie nie zadowala.

Czy Epilette się udało? Czytajcie dalej =)

Czego oczekuję od wymarzonego sposobu depilacji:

- bezbolesności (no bo bez jaj, po co się katować)
- uniwersalności
- szybkości
- łatwości wykonania samemu
- czystości
- braku podrażnień
- długotrwałego efektu
- odpowiedniej ceny (nie musi być niska, ale odpowiednia do jakości i efektu)
- dostępności 

Dużo tych warunków, ale co tam =)

Kilka słów o Epilette.

Nie jest to metoda depilacji, na którą trafia się na każdym kroku w internecie. Ja się o niej dowiedziałam, ponieważ jakiś czas temu była dostępna w promocji w Hebe i zobaczyłam ją/to w katalogu. No nie mogłam się nie skusić =)

Kilka słów od producenta:

Oto zdjęcie opisu na opakowaniu:

Co mnie zaskoczyło to to, że na stronie internetowej producenta tutaj znajdują się trochę inne informacje.
Komu wierzyć? Nie wiem, ale chyba lepiej kierować się tym, co jest napisane na opakowaniu produktu (bo musi być napisany np.skład - producent na stronie informuje o nasączeniu powłoki substancjami antybakteryjnymi, o czym nie ma słowa na opakowaniu - trochę to dziwne).

Jak to w ogóle działa?



Epilette działa trochę na zasadzie papieru ściernego, ucierając włoski tuz przy skórze oraz jednocześnie złuszczając wierzchnią warstwę naskórka. W opakowaniu znajdziemy różowy dysk z miękkiego plastiku z uchwytem oraz naklejoną już dyskietką ścierającą, poza tym jeszcze 5 dyskietek do wymiany (czyli w sumie 6).

Moje wrażenia:

1. Działanie:
No muszę przyznać, że byłam sceptycznie nastawiona do tego produktu, ale okazało się , że rzeczywiście DZIAŁA! Skóra jest gładka, ale jednak nie "idealnie gładka" - pod włos czuć jednak minimalnie końcówki włosków. Przy odrastaniu nie ma tez mowy o jakichkolwiek wrastających włoskach.

1/2 pkt.

2. Sposób użycia:
Z tym już jest trochę gorzej. O ile opis na opakowaniu wydaje się banalnie prosty, to w rzeczywistości tak nie jest. Bo co właściwie oznacza "tak jakbyśmy rozcierali ból po uderzeniu"???
Otóż oznacza to tyle, że powinno się to wykonywać POWOLI!!! i broń Boże NIE PRZYCISKAĆ do skóry!!! W innym wypadku grozi to bardzo nieprzyjemnymi podrażnieniami (o czym napisze niżej).
Mi dojście do tego zajęło kilka "użyć" i kosztowało troszkę cierpienia, ale jak już się nauczyłam, to jest dobrze =)

1/2 pkt.

3. Szybkość:
Z uwagi na punkt 2. nie jest to super szybka metoda =( Usunięcie włosków z jednej łydki zajmuje mi ok 20min (a nie mam jakiegoś strasznie bujnego owłosienia). Chociaż i tak jest szybciej niż woskiem lub pastą cukrową.

1/2 pkt.

4. Czystość:
Jest to metoda dosyć czysta, w trakcie depilacji pojawia się tylko troszkę pyłku ze startego naskórka i włoski. Na pewno nie zapaćka się całej łazienki =)

1 pkt.

5. Bezbolesność:
 Jak najbardziej przy PRAWIDŁOWYM wykonaniu nie ma szans na jakikolwiek ból.

1 pkt.

6. Podrażnienia:
Tak jak wspomniałam już wyżej przy zbyt szybkim "masażu" lub zbyt mocnym nacisku mogą pojawić się podrażnienia. Oczywiście są podstępne i nie pojawiają się od razu, tylko po kilku godzinach. Jest to połączenie zdarcia naskórka z lekkim poparzeniem (przy pracy pojawia się tarcie, a gdzie tarcie, tam ciepło) i może utrzymywać się nawet kilka dni.

1/2 pkt.

7. Uniwersalność:
Na opakowaniu znajduje się informacja, że produkt przeznaczony jest do depilacji nóg. Natomiast na stronie producenta jest informacja, że można stosować na wszystkie partie ciała.
Ja przy pierwszym użyciu postanowiłam spróbować wydepilować też pachy i skończyło to się ogromnym podrażnieniem (ale trzeba wziąć poprawkę na to, że nie umiałam tego jeszcze poprawnie wykonać) - nie próbowałam kolejny raz.

0 pkt.

8. Długotrwałość efektu:
Producent obiecuje utrzymanie się efektu depilacji nawet do 4 tygodni. Niestety nie mogę tego potwierdzić. U mnie włoski odrastają już na następny dzień. 1 mm, ale jednak nogi nie są już gładkie =( Na plus trzeba przyznać, że odrastają jakby wolniej i nawet do tygodnia mogę chodzić bez powtarzania depilacji (ale jak już wspomniałam moje owłosienie nie jest super bujne i ciemne).

0 pkt.

9. Cena i 10. Dostępność:
Swój egzemplarz kupiłam w promocji w Hebe za 20zł. Nigdzie indziej stacjonarnie nie widziałam. Można natomiast kupić całość na stronie producenta, ale tam cena to 29 zł (+ wysyłka oczywiście). Jak dla mnie cena za wysoka w stosunku do jakości i efektu, nawet ta promocyjna.

0 i 0 pkt.

Ogólna ocena: 4/10 pkt.

Czy polecam? Sama nie wiem. Warto chyba spróbować, może komuś ta metoda bardziej przypadnie do gustu, ale raczej jeśli będzie gdzieś w promocyjnej cenie.

Czy kupie ponownie? Raczej nie.






poniedziałek, 13 lipca 2015

Good hair day

Rzadko się zdarza, żeby moje włosy były takie fajne, żebym chciała się nimi pochwalić, ale tym razem to zrobię :) Bo jestem z nich naprawdę dumna ;)

Co zrobiłam?
W ramach eksperymentu naolejowałam włosy olejem ryżowym (akurat używam go w kuchni) na ok 5 godzin (tak wyszło). Po tym czasie zmoczyłam włosy, zemulgowałam olej Kallosem Color a skalp umyłam szamponem Alterra Papaja&Bambus. Odsączyłam włosy z wody i wmasowałam w nie mieszankę złożoną z małej łyżeczki miodu, 10 kropli gliceryny, odżywki Joanna z miodem i cytryną i małej łyżeczki Kallosa Silk. Po spłukaniu nałożyłam jeszcze silikonowe serum na końcówki, wysuszyłam włosy suszarką, związałam włosy w kucyk i poszłam spać.

Rano moje włosiska prezentowały się tak:

W słońcu
 

i w mieszkaniu


Włosy były bardzo miękkie, śliskie, sypkie, dociążone, ale nie obciążone, bez śladu puchu - po prostu idealne :)

Chciałabym, żeby były takie zawsze ;) Szkoda, że na razie muszę je ciągle związywać...

czwartek, 9 lipca 2015

Podkład matujący Annabelle Minerals - recenzja.


Wiem, wiem... miałam oszczędzać, ale kupno podkładu mineralnego chodziło za mną już od jakiegoś czasu.

Ogólnie na co dzień nie używam żadnego podkładu, najwyżej trochę korektora w newralgicznych punktach i ew puder na to. Nie lubię podkładów w płynie, ponieważ zawsze po kilku godzinach chodzenia w tym czymś na twarzy zatykają mi się pory i robią pryszcze. Poczytałam trochę w internetach i zachęcona pozytywnymi opiniami o kosmetykach mineralnych, postanowiłam wypróbować podkład mineralny na własnej skórze.

Wybrałam markę Annabelle Minerals ponieważ czytałam dużo pozytywnych opinii na jej temat, oferuje duży wybór odcieni i rodzajów podkładów i jest to firma polska.

Swoje zakupy zrobiłam na stronie producenta tutaj, ponieważ można było zapłacić kartą, ale produkty tej firmy można znaleźć również na przykład w http://mintishop.pl/ w tej samej cenie.



Zdecydowałam się na 4g podkładu matującego w kolorze Golden Fairest (34,90 zł), próbkę takiego samego podkładu w odcieniu Golden Medium (8,90 zł) oraz pędzel Flat Top (32,90 zł).

Jestem bardzo zadowolona z zakupów w tym sklepie. Zamówienie złożyłam w piątek rano, a w poniedziałek po południu już przesyłeczka dotarła (i to za pośrednictwem Poczty Polskiej =), także bardzo szybko i sprawnie. Poza tym do moich zakupów dołączony został gratis w postaci próbki podkładu rozświetlającego również kolorze Golden Fairest, co było dla mnie dużym pozytywnym zaskoczeniem.

A teraz do rzeczy.

Najpierw o pędzelku - bardzo wygodnie się go trzyma, ma gęste i miękkie włosie, nie drażni skóry (przy najmniej mojej =).

A teraz o podkładzie - bardzo się bałam, ponieważ nigdy wcześniej nie używałam sypkiego podkładu, ale po obejrzeniu kilku tutoriali na youtubie okazało się to całkiem proste.
Opakowanie genialne - nic nie ma prawa się potłuc ani wysypać.
Podkład jest baaaardzo wydajny, do pokrycia całej mojej twarzy zużyłam minimalną ilość.
Nie zatyka porów, jest lekki i  praktycznie niewidoczny (nie tworzy maski), w ogóle nie czuć go na twarzy.
Kryje średnio mocno, ale w stopniu zauważalnym i całkowicie mi odpowiadającym (można stopniować krycie dodając więcej podkładu).
Dobrze matuje, nie wygląda sztucznie, nie wysusza skóry, nie trzeba go dokładać w ciągu dnia.

A teraz fotorelacja - w końcu możecie zobaczyć moje ryłko - dobrze, że nie mam kompleksów ;). Zdjęcia robiłam przy oknie, bo chciałam żeby wszystko było dobrze widać, ale przez to są chyba trochę prześwietlone

Przed - na twarz nałożyłam tylko krem nawilżający Eveline Argan&Olive, włosy specjalnie związane, żeby odsłonić całą twarz..


Po nałożeniu jednej warstwy podkładu w kolorze Golden Fairest.


Odcień idealny dla mnie, możecie zauważyć, że w ogóle nie odcina się od skóry na szyi, która akurat jest nieopalona i specjalnie nie przeciągnęłam po niej pędzlem).

Po nałożeniu drugiej warstwy podkładu wymieszanego z dwóch kolorów - Golden Fairest i Golden Medium.
 

Z racji tego, że dosyć się już opaliłam chodząc na spacerki z wózkiem, postanowiłam dodać trochę ciemniejszego odcienia. Tym razem nałożyłam trochę podkładu również na szyję.

A tu jeszcze zdjęcie z daleka od okna:


 Nic innego z twarzą nie robiłam - sam podkład.

I może jeszcze w pełnym makijażu i z rozpuszczonymi włosami :)


Nie wiem czy na zdjęciach dobrze wszystko widać, ale jestem bardzo zadowolona z efektu na żywo =)

A jak Wam się podoba?  Używacie kosmetyków mineralnych?


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Aktualizacja włosów - czerwiec

 W tym miesiącu moja pielęgnacja była właściwie bardzo ograniczona, tylko kilka razy tuningowałam maski. Jakoś po przeprowadzce nie miałam do tego wszystkiego głowy =/ Nie zaniedbałam za to wcierek (systematycznie, codziennie wmasowywałam w skalp Seboradin), ale jakichś spektakularnych efektów nie zauważyłam, może tylko zmniejszyło się wypadanie włosów (ale to zawsze coś).
Udało mi się wykończyć wszystkie maski/odżywki i zostały mi już tylko 2 opakowania litrowych Kallosów - mam zamiar je zużyć i dopiero wtedy kupić coś nowego (na swoim trzeba oszczędzać =) 

W tym miesiącu zakończyła się też akcja nakręcania, której podsumowanie możecie zobaczyć tutaj.

Moje włosy mają teraz 66cm długości, więc przyrost za czerwiec znowu tylko +1cm.

Moja pielęgnacja w tym miesiącu:


Olejowanie: 
Olej kokosowy (na sucho, na mgiełkę z gliceryną i miodem - raz).

Mycie:
Szampon Alterra, Papaja&Bambus (co 2 dni)
Barwa Ziołowa, Szampon Brzozowy (do oczyszczania mniej więcej co czwarte mycie). 
Isana, Odżywka intensywnie pielęgnująca (na szczęście wykończona).
Kallos Color.

Odżywki/maski:
Kallos Silk.
Kallos Color.
Na końcówki:
Cece of sweden, Serum z olejkiem arganowym.
Olej kokosowy. 


Wcierki:
Seboradin.

Inne:
Gliceryna, miód, kakao (kilka razy).
Olej lniany.

Plany na lipiec:
- wcierka Seboradin codziennie.
- picie oleju lnianego (1 łyżka dziennie).
- kolejne farbowanie Henną Khadi. 

A tak prezentują się moje włosy po umyciu, rozczesaniu palcami i pozostawieniu do wyschnięcia (pierwsze zdjęcie w pomieszczeniu, drugie na balkonie):


czwartek, 25 czerwca 2015

Farbowanie - henna Khadi Jasny Brąz.


 Ostatni raz farbowałam włosy na początku sierpnia 2014 - u fryzjera, delikatną farbą bez amoniaku. Wtedy też postanowiłam wrócić do mojego naturalnego koloru i nałożona farba na początku ładnie z nim współgrała, ale niestety dość szybko się wypłukała i odsłoniła wcześniejsze rudości. Mimo to, za bardzo mi to do tej pory nie przeszkadzało.
Niestety wraz z "naturalkami" wyszły na wierzch też moje siwe włosy, których jest dość dużo szczególnie nad czołem i na skroniach (takie geny mi mamunia sprzedała), ale nie mam na tym punkcie kompleksów.

Podsumowując, w tym momencie mam na głowie 4 kolory:
- naturalny średni brąz z rudawymi refleksami
- farbowany wypłowiały zrudziały brąz
- kilka rozjaśnionych końcówek
- i oczywiście siwe :)

Moje "naturalki" sięgają już mniej więcej za ucho i granica między nimi a farbowanymi robi się coraz bardziej widoczna. 

Mimo, że te moje wielokolorowe włosy bardzo mi nie przeszkadzały, to już od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad wyrównaniem koloru.
Ostateczny impuls dostałam od mojego starszego brata na urodziny - nie widział mnie od kilku miesięcy i na " dzień dobry" zawołał zaskoczony: " Anka, ale ty masz tych siwych włosów!" :)

Dlaczego wybrałam hennę?

Moje włosy rosną dość szybko (ok. 2 cm na miesiąc), dlatego odrosty pojawiają się błyskawicznie. Żeby utrzymać ładny i estetyczny wygląd czupryny musiałabym farbować włosy co 4-6 tygodni (nigdy tak nie robiłam, zawsze starałam się przetrzymać je chociaż te 2 miesiące). Na chodzenie do fryzjera co miesiąc nie mam czasu/pieniędzy (a w Krakowie to już w ogóle ceny są kosmiczne), więc musiałabym farbować włosy w domu. Nie jest to może takie złe wyjście, ale ma jeden zasadniczy minus - nie umiem pofarbować samych odrostów. Po prostu nie i już. Jestem manualnie upośledzona w tej kwestji i gdybym miała farbować całe włosy co 6 tygodni, to skończyłoby się to dla nich fatalnie. 
Dlatego właśnie postawiłam na hennę: jest naturalna, więc nie zniszczy mi włosów nawet jeśli będę jej często używać. Poza tym ma dużo dodatkowych korzystnych działań. Ponad to mój naturalny kolor jest raczej ciepły i nie będzie mi przeszkadzało, jeśli henna będzie się wypłukiwać w kierunku rudości.

Dlaczego jasny brąz?

Moje naturalne włosy są w kolorze średniego brązu (coś pomiędzy jasnym, a ciemnym, bardziej w kierunku ciemnego) z rudymi refleksami (+ siwe oczywiście).
Z racji tego, że barwnik z henny wnika wgłąb włosa i wiąże się z nim bardzo trwale, nie chciałam na początku mojej przygody z hennowaniem używać ciemniejszych kolorów, których później nie mogłabym się pozbyć ( wiele blogerek opisuje swoje problemy z zejściem z ciemnych kolorów do jaśniejszych). Poza tym, przy hennie nigdy nie można być do końca pewnym ostatecznego koloru.

Po tym przydługim wstępie czas na relację z samego hennowania :)

Wymieszałam cały woreczek henny z ciepłą wodą (w instrukcji zalecano 50st.C, ale nie miałam jak tego sprawdzić ;) - powstała micha zielonej mazi, którą potem nałożyłam na włosy.

Oczywiście dodałam trochę za mało wody i mieszanka była za gęsta, ale jakoś udało mi się ją rozprowadzić na całej głowie. 

Nałożyłam dołączony do henny czepek i na to jeszcze czapkę. Po około 1,5 godziny spłukałam wszystko letnią wodą i zostawiłam włosy do wyschnięcia.

Efekt?
Przez pierwsze dwa dni suchość i siano niesamowite (ale nie aż takie jak po nieudanym laminowaniu żelatyną) oraz niezbyt przyjemny zapach (jak stara popielniczka) od którego nie mogłam spać. Po 48 godzinach i umyciu włosów porządnie, byłam zachwycona. Włosy gładkie, błyszczące, miękkie i do tego wydawały się trochę mocniejsze. Jeśli chodzi o kolor, to jestem zadowolona. Wyszedł dokładnie tak, jak chciałam i przede wszystkim wyrównały się trochę te kolory na mojej łepetynie - nie jest jeszcze idealnie i na pewno muszę jeszcze kilka razy zafarbować całe włosy, ale jak na pierwszy raz jest dobrze. Siwe też ładnie pokryte.

Czy wrócę do farbowania farbami chemicznymi? 
Na pewno nie. Pomimo kilku minusów henny, to jednak efekt końcowy przebija wszystkie chemiczne farby. Już kupiłam kolejne dwa opakowania :)

A tutaj parę zdjęć (już były zamieszczone na blogu, ale dodałam je jeszcze tutaj, żeby było do porównania).
Pierwsze zdjęcie z końca kwietnia, drugie z maja.

Jak Wam się podoba?